Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 grudnia 2017

Największa przygoda życia :-)

Zbliża się koniec roku. Czas na podsumowania, przemyślenia i życzenia…

Kończy się rok, który dla mnie jest czasem spełniania największych marzeń. W styczniu był nasz ślub, w październiku narodziny naszego synka i choć to dopiero początek naszej małżeńskiej i rodzicielskiej drogi, to już się cieszę na każdy kolejny moment. Dziś usłyszałam pytanie, czy kiedy wstaję w nocy do synka, to myślę o tym jak bardzo go kocham? Odpowiedź jest prosta: nie. Jak wstaję w nocy, by go nakarmić czy przewinąć to jestem bardzo zmęczona i tylko odliczam czas, by Michał znów usnął. Ale nie wstawałabym w nocy, gdybym go nie kochała. Ot, i cała filozofia!

Na początek dziękuję Bogu, że odpowiada na pragnienia serca. Moim największym pragnieniem zawsze było mieć rodzinę. <3

Dziękuję mojemu mężowi za cierpliwość, determinację i troskę. Bez niego byłoby ciężko przejść przez okołoporodowe przygody szpitalne. Bez jego determinacji, nie byłoby „nas”.

Dziękuję każdej osobie, która potrafi się cieszyć naszym szczęściem, tym wszystkim, którzy nam pomogli jak się urodził nasz synek… Dziękuję przede wszystkim za obecność, dobre słowo i górę ciuszków dla naszego malca.

I przyszedł czas na życzenia. Życzę Wam samego dobra, wielu łask od Najwyższego i cierpliwości, bo to towar deficytowy. Buziak <3


wtorek, 13 sierpnia 2013

Zdjęcia z podróży :-)

Kochani,
dzieje się dużo, ale nie za bardzo mam kiedy pisać :-) 
Obiecuję, że się poprawię... jakoś na dniach... 
A póki co kilka zdjęć z podróży.
Buziak, 
Milena 

Świnia na rowerze
Podjazd pod górkę :-)
Reklama stworzona przez... Polaków - "Jedna historia, jedno piwo" (na 50-lecie piwa Primus)

A tu tylko jeden przyczepiony :-)
Patent na dziurę w asfalcie - żeby nikt w nią nie wpadł, wkłada się jakieś gałęzie :-)
W drodze do pracy - te krówki i byczki spacerują po ryżu :-) Następnym razem jak pomyślicie o ryżu, przypomnijcie sobie tan widok :-)
Gitega - zaraz obok rynku (kobiety zawsze podróżują z tyłu... przyznam szczerze, że jeszcze kobiety prowadzącej rower nie widziałam)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kirundo, Gasura i KAMARAMAGAMBO!


Amahoro! :-)


Zacznę od końca. W sobotę wieczorem przybyliśmy do Kamaramagambo! Sama nazwa jest już magiczna :-) Poranek i wczesne niedzielne popołudnie spędziliśmy w tym magicznym miejscu na północy Burundi. Może nie byłoby w tamtym miejscu nic specjalnego, gdyby nie Didace (ksiądz diecezjalny). Niesamowity człowiek, który zadbał o każdy szczegół naszego pobytu. Wyspałam się, zjadłam banany w marchewkowo-cebulowym sosie (oczywiście nie mówię o słodkich bananach), poznałam jego parafian (znów przemawiałam do tłumów po francusku), ale przede wszystkim podziwiałam podejście xDidace’a do zarządzania parafią – żelazną ręką z miłością. Mszę świętą zaczął równo o 10 :-) ...przywykłam już do afrykańskiego czasu, czyli wszystko przynajmniej pół godziny później, a tu zaskoczenie! Wszystko na czas! Didace przyzwyczaił swoich parafian do punktualności, bo szanuje swój czas i czas swoich parafian!
Z Didace'm i jeszcze jednym księdzem, którego imienia niestety nie pamiętam :-(
Kaplica dojazdowa w środku
Po Eucharystii byłam małą atrakcją turystyczną. Jak wyszłam z kościoła, to miałam całą grupkę dzieci, która podążała za mną. Nie są przyzwyczajeni do Europejczyków :-) …więc dzieciaki przywitały mnie entuzjastycznie, podając ręce i bacznie mi się przyglądając.
 
Dzieciaki i nie tylko :-) ...tak tak... oni się na mnie patrzą :-)
To teraz mogę wrócić do piątku i soboty. W piątkowe popołudnie wyruszyliśmy z naszego domu w Gitedze do Gasura (do Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus). S.Claudine i s.Anesie oprowadziły mnie po szpitalu, w którym pracują, pokazały kościół prowadzony przez ksawerianów. 
Siostry z Gasura :-) (s.Anesie i s.Claudine)
Dom Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus w Gasura
Kościół prowadzony przez Ksawerianów
W sobotę rano ruszyliśmy nad jezioro. Ptaków nie podziwialiśmy, bo spotkać je można tylko wcześnie rano i późno wieczorem :-) …za to posiedzieliśmy nad jeziorem, spotkaliśmy się z siostrami z lokalnego zgromadzenia Bene Tereziya i… kupiłam domek z papirusu!

Z siostrą Gaudiose nad Jeziorem Cohoha
Boguś z moim domkiem
Przy lokalnym piwku - nad Jeziorem Cohoha
Tak nam minął weekend. Rano znów do pracy.
Kolorowych snów i dobranoc!
IJORO RYIZA! TUZO SUBIRA!*

Milena

p.s. Kochani, jeśli czytając mojego bloga myślicie o przybyciu do Burundi, to dajcie mi znać :-) 


*Dobrej nocy! Do zobaczenia! 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Święcenia kapłańskie Amadeusza i gorące żródełko :-)



Witam po ponad tygodniowej przerwie,

Im dłużej tu jestem, tym bardziej przyzwyczajam się do tego miejsca. Coraz mniej mnie dziwi i muszę przyznać, że polubiłam Gitegę :-) W nocy z soboty na niedzielę śniło mi się, że tu zostałam.

Polubiłam to miejsce, bo coraz więcej ludzi tu znam. Choć nadal często słyszę „umuzungu”, to już tak bardzo mnie nie irytuje jak na początku.

W sobotę byłam na święceniach kapłańskich Amadeusza (tak naprawdę Amedee, ale ponieważ ten karmelita mówi bardzo dobrze po polsku, to i jego imię spolszczyliśmy :-). Zawsze mnie cieszą święcenia, bo potrzeba nam dobrych kapłanów!

Amedee z biskupem
Polski akcent - o.Sylwester i o.Bogusław
Przed założeniem ornatu
Burundi będzie mi się zawsze kojarzyło z wieloma zakonami, męskimi i żeńskimi, bo już wiele z nich odwiedziłam. Wciąż i na nowo zachwycam się radością, którą obserwuję w trakcie mszy świętej, podczas spotkań przy kawie, czy piwie. Zachwycają mnie ludzie poświęceni Bogu! Uderza mnie ich normalność i otwartość! Dziękuję Temu-Na-Górze za tych ludzi, których miałam okazję spotkać. 
Z Amadeuszem :-)
W niedzielę usłyszałam wiele słów, które mocno trafiły do mojego serca. Zacznę może od tych, które usłyszałam wieczorem: „Sama obecność wystarczy”. Bo choć nic nie załatwiliśmy, to przynajmniej się spotkaliśmy z Franciszkanami! Ileż w tym prawdy. I gdzie ta obecność w Europie? Polsce? Do życia najbardziej potrzeba drugiego człowieka, by mieć dla kogo i z kim żyć. Niby to takie oczywiste, a jak łatwo o tym zapomnieć.

Tyle o habitowcach :-)

Przejdźmy do mniej sakralnej części niedzieli...

W niedzielne poranko-popołudnie byliśmy przy źródle termalnym. Oboje z Bogusiem myśleliśmy, że to będzie jakieś duże miejsce… a tu…

Pralnia u źródła :-)
Kąpielisko :-)
Patience - córka Rvugusiego
Dzięki tej podróży miałam okazję poznać jeszcze bardziej Rvugusiego i jego rodzinę. Opowiadał o tym jak w trakcie wojny uciekał, o głodzie jakiego doświadczył… Po takich doświadczeniach można zamknąć się na drugiego człowieka, a można jak Rvugusi pomagać wszystkim, którzy są wokół niego. Krótka charakterystyka: facet w wieku koło 40+ lat (ale mogę się mylić), żonaty, ma tylko jedną córkę. Córka ma na imię Patience, bo długo na nią czekali. Jego dom jest pełen dzieci, bo w Afryce jeśli powodzi ci się dobrze, to kształcisz całą rodzinę. Razem z nim mieszkają córki jego siostry, czy innych kuzynek. Taki dobry wujek :-) Niesamowity człowiek, który umie się dzielić tym co ma.
Z Rvugusim i jego żoną
Piknik :-)

Panie Boże, naucz mnie takiej otwartości na drugiego człowieka jakiej dziś doświadczyłam od innych! Amen!

Całuję,
Milena




niedziela, 21 lipca 2013

Oświadczyny :-)



Witam weekendowo!

Od czego by tu zacząć? Znów jestem w Bużumburze. Nie ma to jak STOLICA! :-)

Przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Boguś załatwia sprawy, spotykamy się z ludźmi… spędzam miło czas. W sobotę widziałam się z Jean-Claudem… i tu zaczyna się pierwsza przygoda. Jak już wcześniej zapewne wspominałam, to bardzo sympatyczny facet. Ja raczej należę do ludzi otwartych na drugiego człowieka i okazuję radość ze spotkania. Ci z Was, którzy znają mnie trochę dłużej wiedzą też, że nie angażuję się zbyt szybko uczuciowo :-) …potrzeba jednak trochę czasu, by zaufać, poznać i w końcu pokochać. Tym bardziej wyznanie Jean-Claude’a mnie przytkało. Na początek dostałam od niego biżuterię z kości słoniowej, po czym usłyszałam, że ożeniłby się ze mną, gdyby miał pieniądze.
Biżuteria z kości słoniowej
Zadziwia mnie fakt, że wystarczyły mu trzy tygodnie, by coś takiego wykrztusić z siebie. Oczywiście, najpierw zaniemówiłam, ale chwilę później mu odpowiedziałam, że tu nie chodzi o pieniądze, a raczej uczucie i zaangażowanie. No cóż, ja nie zamierzam się angażować :-)

Teraz będzie małe wyznanie: jestem biała! Dla Afrykańczyka, jestem szansą na wyrwanie się z tego małego i pięknego kraju. Trudno mi więc uwierzyć w gorące uczucie :-) …a może po prostu upał Bużumbury uderzył drogiemu Claude’owi do głowy! Z resztą, czy Afrykańczyk byłby szczęśliwy w Polsce?

Jean-Claude, to jedna historia, Jean-Pierre, to druga. Jean-Pierre to mój uczeń, ma 29 lat jest mocno chętny do nauki i ma gadane :-) Lubię go, choć ja zwykle lubię moich uczniów, tak jakoś z automatu. W piątek mnie zapytał kiedy wrócę do Burundi. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że może nigdy. Po czym usłyszałam, że przecież mogłabym zostać i uczyć na uniwersytecie w Bużumburze. Ciekawa alternatywa dla mojego warszawskiego życia :-) Jean-Pierre oczywiście nie poprzestał tylko na tych projekcjach, powiedział, że gdybym tu została, to przecież mogłabym tu znaleźć kogoś z kim chciałabym spędzić życie, zaręczyłabym się i pewnie żyła długo i szczęśliwie… (przepowiednia babci się zaczyna spełniać :-)
Moi uczniowie dzielnie piszą test - ten w żółtym to Jean-Pierre :-)
Lubię tych ludzi coraz bardziej! I tak sobie myślę, może by tak zostać? 
Tylko jeszcze nie zdecydowałam z którym z nich i gdzie.

Jean-Claude czy Jean-Pierre?
Bużumbura czy Gitega? :-)

Buziak,
Milena

p.s. pozdrawiam mojego Tatusia szczególnie... i nieśmiało pytam, jak się zapatruje na zięcia z Burundi? :-)

niedziela, 14 lipca 2013

Karera i Musongati = bardzo dobry weekend



Witam po krótkiej przerwie,

Wróciłam z okolic Rutany, znad wodospadów Karera. Jakże piękne jest to miejsce! Boguś pokazuje mi Burundi z różnych stron, Wodospady Karera, na pewno należą do najpiękniejszych zakątków tego maleńkiego państwa. 
Pierwszy spacer, zaraz po przyjeździe nad wodospady
U podnóża tego samego wodospadu
Uśmiech mówi wszystko!

Nie umiem przelać na papier/klawiaturę komputera tych doznań estetycznych, których doświadczyłam. Był czas na prysznic pod wodospadem, był czas nauki języka kirundi z książką napisaną przez Ojców Białych, był czas na kontemplację piękna Bożego stworzenia, był też czas spotkania drugiego człowieka.

Przy wodospadach spotkaliśmy wielu białych ludzi, bo w sumie chyba tylko ich stać na odwiedziny w tym Parku wpisanym na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO. Bilet wstępu kosztuje 10000 FBu ($1=1500 FBu) dla turysty spoza Burundi, 4000 dla obywateli tegoż pięknego państwa.

Myślę, że dla co poniektórych my biali jesteśmy nie lada atrakcją. Kiedy przysnęłam na jednej z półeczek wodospadu, obudziły mnie rozmowy i śmiech kobiet, które nie mogły się nadziwić widząc mnie opalającą się nad wodą. Mam czasami wrażenie, że Burundyjczycy sami odstraszają turystów, gapią się, krzyczą „muzungu”, jak widzą białego, to słychać „donne moi de l’argent” (daj mi pieniądze). Wiem, że są biedni. Ale! Gdzieś trudno mi zaakceptować fakt, że dla nich biały jest synonimem bogactwa. O, moja kochana Polsko! Na twojej ziemi należę do klasy średniej! Wiem, że nie zbawię świata, jeden Zbawiciel już był! Wciąż zadaję sobie jednak pytanie, jak im pomóc? Jak dać wędkę, a nie rybę? Boże jak ja Ci dziękuję, że urodziłam się w Polsce! W dobrobycie (sic!).

Tak bardzo bym chciała zrozumieć, tak bardzo bym chciała pokochać tych ludzi, to państwo! Tak bardzo bym chciała umieć dzielić się swoim bogactwem!

W sobotnie popołudnie dotarliśmy do Karmelitów z Musongati. Cóż to był za wieczór i cóż to była za niedziela! Tyle śmiechu! Tyle radości! Cóż za pozytywni ludzie! Czterech Karmelitów: Br. Ryszard, O. Zbigniew, O. Sylwester i O. Eliasz. Ciekawe towarzystwo! PROSTOTA – to słowo, które opisuje, myślę, że wiernie ich styl życia. A ile pogody ducha! Tak sobie myślę, że Pan Bóg musi mieć niesamowite poczucie humoru! Takich czterech pod jednym dachem!
 
Br.Ryszard i O.Zbigniew ;-)
Dostałam najlepszy pokój w ich domu. W tym pokoju mieszka biskup, jak przyjeżdża na wizytację :-) Jak ja się tam wyspałam! W porze suchej mają prąd przez jakieś trzy godziny wieczorem… więc może właśnie dlatego się wyspałam :-) …byłam odcięta od Internetu, moja polska karta sim nie działa od początku mojego pobytu w Burundi, burundyjska nie umie złapać sieci… chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu nic elektronicznego nie zabierało moich minut życia.
 
Widok z biskupiego okna :-)
Ogród Karmelitów
W Musongati znalazłam pokój i spokój.

I za to Temu-Na-Górze dziękuję.

A teraz idę sypiać, bo rano trzeba wstać do pracy!
Pozdrawiam bardzo ciepło,

sobota, 29 czerwca 2013

z Afrykańskiej do AFRYKI :-)



Witam ponownie,

Poniżej dziennik pokładowy :-)


7: 54 (jestem w samolocie)

Oczywiście nie obyło się bez przygód porannych. Mniej więcej koło drugiej nad ranem mój organizm stwierdził, że trzeba iść spać… i padłam. Obudziłam się o piątej, zadzwoniłam do taty i poprosiłam, by po mnie przyjechał, bo ja jeszcze w lesie jestem :-)  Kochani rodzice pojawili się w komplecie (znosili mój brak porannych manier – gdy się pakuję, nie umiem skupić się na niczym innym, konwersacji nie podtrzymuję itp.)

Dostałam się na lotnisko bez większych perypetii, w tak zwanym międzyczasie sprawdzając czy wszystko wzięłam… i okazało się już w samochodzie, że malutki słowniczek polsko-francuski/francusko-polski pozostał w domu. Nadałam bagaż 20,8kg, czyli mogłam jeszcze tam włożyć 2,2kg (!). Jak dobiegłam do mojego wyjścia 38 to już trwała odprawa. Ja to mam szczęście. Pięć minut później, a wzywaliby mnie po imieniu :-)

Z tego co powiedział pilot, w Brukseli jest 12°C. Ale! Nie narzekam! Jeszcze będzie mi gorąco! Lądować mamy po 9, pisanie uskutecznię jak już będę w centrum. Bo wybieram się na Grand Place i w odwiedziny do Małego Sikającego Chłopca!


8:18 (nadal w samolocie)

Tak mnie naszło… przez rok pracowałam na ul.Afrykańskiej, jak Wam wiadomo w gimnazjum. Zbiera mi się na podsumowania :-)

Dziękuję Temu-Na-Górze za:

  •  ludzi, których tam spotkałam 
  •  za koleżanki i kolegów, którzy byli tak bardzo normalni, wyrozumiali i potrafiący się przyznać do błędu
  •  za moich uczniów, którzy czasami dawali mi w kość, ale przede wszystkim byli moją motywacją do pracy (również nad sobą) 
  • za dziesięć miesięcy normalności (sic!)

 
Trzeba patrzeć na małą różową karteczkę :-)

Zamieszczam zdjęcie z darami od moich uczniów (częścią darów). To wszystko cieszy! Najbardziej jednak cieszą słowa, które usłyszałam, a które sprawiają, że nadal chcę uczyć i ta karteczka od Zosi (I LOVE MY JOB! I truly do!) Uznanie, to coś czego kupić nie można, a cieszy najbardziej. Zabieram ze sobą wszystkich moich uczniów, tych małych, ale także tych dużych!

Pozdrawiam gorąco,
Milena