Witam
ponownie,
Poniżej
dziennik pokładowy :-)
7:
54 (jestem w samolocie)
Oczywiście
nie obyło się bez przygód porannych. Mniej więcej koło drugiej nad ranem mój
organizm stwierdził, że trzeba iść spać… i padłam. Obudziłam się o piątej,
zadzwoniłam do taty i poprosiłam, by po mnie przyjechał, bo ja jeszcze w lesie
jestem :-) Kochani rodzice pojawili się
w komplecie (znosili mój brak porannych manier – gdy się pakuję, nie umiem
skupić się na niczym innym, konwersacji nie podtrzymuję itp.)
Dostałam
się na lotnisko bez większych perypetii, w tak zwanym międzyczasie sprawdzając
czy wszystko wzięłam… i okazało się już w samochodzie, że malutki słowniczek polsko-francuski/francusko-polski
pozostał w domu. Nadałam bagaż 20,8kg, czyli mogłam jeszcze tam włożyć 2,2kg
(!). Jak dobiegłam do mojego wyjścia 38 to już trwała odprawa. Ja to mam
szczęście. Pięć minut później, a wzywaliby mnie po imieniu :-)
Z
tego co powiedział pilot, w Brukseli jest 12°C. Ale! Nie narzekam! Jeszcze będzie mi
gorąco! Lądować mamy po 9, pisanie uskutecznię jak już będę w centrum. Bo
wybieram się na Grand Place i w odwiedziny do Małego Sikającego Chłopca!
8:18 (nadal w samolocie)
Tak
mnie naszło… przez rok pracowałam na ul.Afrykańskiej, jak Wam wiadomo w
gimnazjum. Zbiera mi się na podsumowania :-)
Dziękuję
Temu-Na-Górze za:
- ludzi, których tam spotkałam
- za koleżanki i kolegów, którzy byli tak bardzo normalni, wyrozumiali i potrafiący się przyznać do błędu
- za moich uczniów, którzy czasami dawali mi w kość, ale przede wszystkim byli moją motywacją do pracy (również nad sobą)
- za dziesięć miesięcy normalności (sic!)
Zamieszczam
zdjęcie z darami od moich uczniów (częścią darów). To wszystko cieszy!
Najbardziej jednak cieszą słowa, które usłyszałam, a które sprawiają, że nadal
chcę uczyć i ta karteczka od Zosi (I LOVE MY JOB! I truly do!) Uznanie, to coś czego kupić nie można, a cieszy
najbardziej. Zabieram ze sobą wszystkich moich uczniów, tych małych, ale także
tych dużych!
Pozdrawiam
gorąco,
Milena