Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burundi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burundi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2013

Ostatnia noc w Buyenzi :-)

Witam serdecznie (jeszcze z Burundi)!

Jest czwarta nad ranem, a ja już nie mogę spać. Ciepło, wręcz bardzo ciepło... 

Za osiem godzin będę na lotnisku, za dziesięć i pół mój samolot będzie opuszczał Burundi. 

Ca zabiorę ze sobą? 
  • garść wspomnień
  • gigabajty zdjęć
  • ciężką walizkę
...i tęsknotę. 

 
Chłopaki z Buyenzi - wieczorek pożegnalny w Ubuntu

czwartek, 15 sierpnia 2013

Pierwsze podsumowanie :-)



Jambo!

Czas zacząć podsumowanie mojego pobytu w Burundi, bo już w sobotę wylecę z powrotem do Europy.

Nauczyłam się:
- żyć wolniej (buhoro, buhoro!)
- zostawić pracę, by posiedzieć z kimś, kto akurat przyszedł (w sobotę zostawiłam pranie, by spędzić czas z Ernestem i Chantal)
- że można wyjść z domu w spodniach, które są już brudne :-)
- że jeśli jestem dwie minuty po godz.8, to nie jestem spóźniona, spóźnienie się zaczyna kiedy uczeń przyjdzie po nauczycielu :-)
- kochać ludzi tak bardzo innych ode mnie
- doceniać to co mam

Będzie mi brakowało:
- Bogusia (naszych rozmów o wszystkim, jego troski o mnie)
- całej bandy Ojców Białych, wszystkich siostrzyczek, braciszków i księży, których tu poznałam (tej normalnej, radosnej twarzy polskiego kościoła w Burundi!)
- Pawła (jego dobrego serca i jego dobrych ciast)
- Bernardowego „Bwakeye d’abord?” :-)
- Walterowego kapelusza i rozmów przy stole (między posiłkami)
- George’owego sprawdzania cukru i chwalenia się które z nas ma lepszy…
- Damienowego uśmiechu
- Hugo i jego rysującego się na twarzy podenerwowania
- Jeanine (gdyby nie ona, byłoby mi tu trudniej), jej maleństwa, które pokochałam jak swoje :-) …kocham dzieci, nie da się ukryć :-)
- moich uczniów, szczególnie moich chłopaków, z grupy zaawansowanej
- potwornie zimnego basenu w hotelu vice prezydenta
- gościnnego Buyenzi, w którym zawsze się czułam jak u siebie

Nie będę tęskniła:
- za „umuzungu” na każdym kroku
- za „fievre typhoide”, rewelacjami żołądkowymi i komarami, które straszą malarią :-)
- dziwnym zielskiem gotowanym przez naszego kucharza :-)

Mogłabym tę listę kontynuować, ale trzeba się jeszcze zająć przygotowaniem imprezy na zakończenie kursu.
Pozdrawiam,
Milena

p.s. Jeśli ktoś chciałby płytę DVD z koncertem chóru z kościoła w Buyenzi, to niech da znać… w taki sposób można realnie wspomóc ludzi stąd! Płyta nie jest droga, a zawsze będzie to jakiś wkład w polepszenie życia naszych – jakby nie było – współbraci w wierze :-)
Misiek brudny i zmęczony - wracamy do domu! :-)

wtorek, 13 sierpnia 2013

Zdjęcia z podróży :-)

Kochani,
dzieje się dużo, ale nie za bardzo mam kiedy pisać :-) 
Obiecuję, że się poprawię... jakoś na dniach... 
A póki co kilka zdjęć z podróży.
Buziak, 
Milena 

Świnia na rowerze
Podjazd pod górkę :-)
Reklama stworzona przez... Polaków - "Jedna historia, jedno piwo" (na 50-lecie piwa Primus)

A tu tylko jeden przyczepiony :-)
Patent na dziurę w asfalcie - żeby nikt w nią nie wpadł, wkłada się jakieś gałęzie :-)
W drodze do pracy - te krówki i byczki spacerują po ryżu :-) Następnym razem jak pomyślicie o ryżu, przypomnijcie sobie tan widok :-)
Gitega - zaraz obok rynku (kobiety zawsze podróżują z tyłu... przyznam szczerze, że jeszcze kobiety prowadzącej rower nie widziałam)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kirundo, Gasura i KAMARAMAGAMBO!


Amahoro! :-)


Zacznę od końca. W sobotę wieczorem przybyliśmy do Kamaramagambo! Sama nazwa jest już magiczna :-) Poranek i wczesne niedzielne popołudnie spędziliśmy w tym magicznym miejscu na północy Burundi. Może nie byłoby w tamtym miejscu nic specjalnego, gdyby nie Didace (ksiądz diecezjalny). Niesamowity człowiek, który zadbał o każdy szczegół naszego pobytu. Wyspałam się, zjadłam banany w marchewkowo-cebulowym sosie (oczywiście nie mówię o słodkich bananach), poznałam jego parafian (znów przemawiałam do tłumów po francusku), ale przede wszystkim podziwiałam podejście xDidace’a do zarządzania parafią – żelazną ręką z miłością. Mszę świętą zaczął równo o 10 :-) ...przywykłam już do afrykańskiego czasu, czyli wszystko przynajmniej pół godziny później, a tu zaskoczenie! Wszystko na czas! Didace przyzwyczaił swoich parafian do punktualności, bo szanuje swój czas i czas swoich parafian!
Z Didace'm i jeszcze jednym księdzem, którego imienia niestety nie pamiętam :-(
Kaplica dojazdowa w środku
Po Eucharystii byłam małą atrakcją turystyczną. Jak wyszłam z kościoła, to miałam całą grupkę dzieci, która podążała za mną. Nie są przyzwyczajeni do Europejczyków :-) …więc dzieciaki przywitały mnie entuzjastycznie, podając ręce i bacznie mi się przyglądając.
 
Dzieciaki i nie tylko :-) ...tak tak... oni się na mnie patrzą :-)
To teraz mogę wrócić do piątku i soboty. W piątkowe popołudnie wyruszyliśmy z naszego domu w Gitedze do Gasura (do Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus). S.Claudine i s.Anesie oprowadziły mnie po szpitalu, w którym pracują, pokazały kościół prowadzony przez ksawerianów. 
Siostry z Gasura :-) (s.Anesie i s.Claudine)
Dom Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus w Gasura
Kościół prowadzony przez Ksawerianów
W sobotę rano ruszyliśmy nad jezioro. Ptaków nie podziwialiśmy, bo spotkać je można tylko wcześnie rano i późno wieczorem :-) …za to posiedzieliśmy nad jeziorem, spotkaliśmy się z siostrami z lokalnego zgromadzenia Bene Tereziya i… kupiłam domek z papirusu!

Z siostrą Gaudiose nad Jeziorem Cohoha
Boguś z moim domkiem
Przy lokalnym piwku - nad Jeziorem Cohoha
Tak nam minął weekend. Rano znów do pracy.
Kolorowych snów i dobranoc!
IJORO RYIZA! TUZO SUBIRA!*

Milena

p.s. Kochani, jeśli czytając mojego bloga myślicie o przybyciu do Burundi, to dajcie mi znać :-) 


*Dobrej nocy! Do zobaczenia! 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Święcenia kapłańskie Amadeusza i gorące żródełko :-)



Witam po ponad tygodniowej przerwie,

Im dłużej tu jestem, tym bardziej przyzwyczajam się do tego miejsca. Coraz mniej mnie dziwi i muszę przyznać, że polubiłam Gitegę :-) W nocy z soboty na niedzielę śniło mi się, że tu zostałam.

Polubiłam to miejsce, bo coraz więcej ludzi tu znam. Choć nadal często słyszę „umuzungu”, to już tak bardzo mnie nie irytuje jak na początku.

W sobotę byłam na święceniach kapłańskich Amadeusza (tak naprawdę Amedee, ale ponieważ ten karmelita mówi bardzo dobrze po polsku, to i jego imię spolszczyliśmy :-). Zawsze mnie cieszą święcenia, bo potrzeba nam dobrych kapłanów!

Amedee z biskupem
Polski akcent - o.Sylwester i o.Bogusław
Przed założeniem ornatu
Burundi będzie mi się zawsze kojarzyło z wieloma zakonami, męskimi i żeńskimi, bo już wiele z nich odwiedziłam. Wciąż i na nowo zachwycam się radością, którą obserwuję w trakcie mszy świętej, podczas spotkań przy kawie, czy piwie. Zachwycają mnie ludzie poświęceni Bogu! Uderza mnie ich normalność i otwartość! Dziękuję Temu-Na-Górze za tych ludzi, których miałam okazję spotkać. 
Z Amadeuszem :-)
W niedzielę usłyszałam wiele słów, które mocno trafiły do mojego serca. Zacznę może od tych, które usłyszałam wieczorem: „Sama obecność wystarczy”. Bo choć nic nie załatwiliśmy, to przynajmniej się spotkaliśmy z Franciszkanami! Ileż w tym prawdy. I gdzie ta obecność w Europie? Polsce? Do życia najbardziej potrzeba drugiego człowieka, by mieć dla kogo i z kim żyć. Niby to takie oczywiste, a jak łatwo o tym zapomnieć.

Tyle o habitowcach :-)

Przejdźmy do mniej sakralnej części niedzieli...

W niedzielne poranko-popołudnie byliśmy przy źródle termalnym. Oboje z Bogusiem myśleliśmy, że to będzie jakieś duże miejsce… a tu…

Pralnia u źródła :-)
Kąpielisko :-)
Patience - córka Rvugusiego
Dzięki tej podróży miałam okazję poznać jeszcze bardziej Rvugusiego i jego rodzinę. Opowiadał o tym jak w trakcie wojny uciekał, o głodzie jakiego doświadczył… Po takich doświadczeniach można zamknąć się na drugiego człowieka, a można jak Rvugusi pomagać wszystkim, którzy są wokół niego. Krótka charakterystyka: facet w wieku koło 40+ lat (ale mogę się mylić), żonaty, ma tylko jedną córkę. Córka ma na imię Patience, bo długo na nią czekali. Jego dom jest pełen dzieci, bo w Afryce jeśli powodzi ci się dobrze, to kształcisz całą rodzinę. Razem z nim mieszkają córki jego siostry, czy innych kuzynek. Taki dobry wujek :-) Niesamowity człowiek, który umie się dzielić tym co ma.
Z Rvugusim i jego żoną
Piknik :-)

Panie Boże, naucz mnie takiej otwartości na drugiego człowieka jakiej dziś doświadczyłam od innych! Amen!

Całuję,
Milena




niedziela, 21 lipca 2013

Oświadczyny :-)



Witam weekendowo!

Od czego by tu zacząć? Znów jestem w Bużumburze. Nie ma to jak STOLICA! :-)

Przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Boguś załatwia sprawy, spotykamy się z ludźmi… spędzam miło czas. W sobotę widziałam się z Jean-Claudem… i tu zaczyna się pierwsza przygoda. Jak już wcześniej zapewne wspominałam, to bardzo sympatyczny facet. Ja raczej należę do ludzi otwartych na drugiego człowieka i okazuję radość ze spotkania. Ci z Was, którzy znają mnie trochę dłużej wiedzą też, że nie angażuję się zbyt szybko uczuciowo :-) …potrzeba jednak trochę czasu, by zaufać, poznać i w końcu pokochać. Tym bardziej wyznanie Jean-Claude’a mnie przytkało. Na początek dostałam od niego biżuterię z kości słoniowej, po czym usłyszałam, że ożeniłby się ze mną, gdyby miał pieniądze.
Biżuteria z kości słoniowej
Zadziwia mnie fakt, że wystarczyły mu trzy tygodnie, by coś takiego wykrztusić z siebie. Oczywiście, najpierw zaniemówiłam, ale chwilę później mu odpowiedziałam, że tu nie chodzi o pieniądze, a raczej uczucie i zaangażowanie. No cóż, ja nie zamierzam się angażować :-)

Teraz będzie małe wyznanie: jestem biała! Dla Afrykańczyka, jestem szansą na wyrwanie się z tego małego i pięknego kraju. Trudno mi więc uwierzyć w gorące uczucie :-) …a może po prostu upał Bużumbury uderzył drogiemu Claude’owi do głowy! Z resztą, czy Afrykańczyk byłby szczęśliwy w Polsce?

Jean-Claude, to jedna historia, Jean-Pierre, to druga. Jean-Pierre to mój uczeń, ma 29 lat jest mocno chętny do nauki i ma gadane :-) Lubię go, choć ja zwykle lubię moich uczniów, tak jakoś z automatu. W piątek mnie zapytał kiedy wrócę do Burundi. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że może nigdy. Po czym usłyszałam, że przecież mogłabym zostać i uczyć na uniwersytecie w Bużumburze. Ciekawa alternatywa dla mojego warszawskiego życia :-) Jean-Pierre oczywiście nie poprzestał tylko na tych projekcjach, powiedział, że gdybym tu została, to przecież mogłabym tu znaleźć kogoś z kim chciałabym spędzić życie, zaręczyłabym się i pewnie żyła długo i szczęśliwie… (przepowiednia babci się zaczyna spełniać :-)
Moi uczniowie dzielnie piszą test - ten w żółtym to Jean-Pierre :-)
Lubię tych ludzi coraz bardziej! I tak sobie myślę, może by tak zostać? 
Tylko jeszcze nie zdecydowałam z którym z nich i gdzie.

Jean-Claude czy Jean-Pierre?
Bużumbura czy Gitega? :-)

Buziak,
Milena

p.s. pozdrawiam mojego Tatusia szczególnie... i nieśmiało pytam, jak się zapatruje na zięcia z Burundi? :-)

środa, 17 lipca 2013

KIRUNDI - lekcja pierwsza



Miriwe! 

Mija kolejny tydzień nauczania.

Od poniedziałku mam jeszcze jedną grupę. Poziom mocno początkujący! Ale po początkowych trudach, zaczęło się robić fajnie! Trzeba było znaleźć sposób… Mój sposób: SKACZEMY! Myślę, że są mocno zdziwieni, że nauczyciel skacze razem z nimi, ale już taka jestem! Lubię dziwić i szokować!

Dziś nauczyli mnie moi uczniowie jak powiedzieć: 
KOCHAM CIĘ – NDAGUKUNDA

Ja oczywiście nauczyłam ich też jak po polsku trzeba tę frazę wypowiedzieć i muszę przyznać, że pojętnych mam uczniów!

Oczywiście nauczyłam się innych bardzo użytecznych słów:
TYŁEK – IGISUSU
DUPA – INIO

Z takich, które może użyję od czasu do czasu:
BWAKEYE – DZIEŃ DOBRY (myślałam, że przez cały dzień ALE! tylko rano)

Jeden z uczniów (Hassan) przesłał mi Bluetoothem, dwie piosenki w języku kirundi. Słucham więc teraz burundyjskiego reggae :-)

Przed chwilą, po kolacji Louis (seminarzysta!) nauczył mnie jak powiedzieć:  
DOBRANOC – IJORO RYIZA

Kolorowych snów! Całuję w czółka,
Milena

p.s. jak tak dalej pójdzie, to poznam wszystkich seminarzystów, zakonników, księży i siostry zakonne w okolicy... Panie Boże, STARCZY! :-) 

Moja radosna twórczość nauczycielska
Basile, Wilson i Danny
Gdyby ktoś z Was chciał się trochę pouczyć języka kirundi to zapraszam na stronę http://angleterrerwanda.blogspot.com/2007/08/kinyarwanda.html to jest jedyna strona, na której znalazłam kilka użytecznych fraz w lokalnym języku. W Rwandzie, używa się tego samego języka co w Burundi.

niedziela, 14 lipca 2013

Karera i Musongati = bardzo dobry weekend



Witam po krótkiej przerwie,

Wróciłam z okolic Rutany, znad wodospadów Karera. Jakże piękne jest to miejsce! Boguś pokazuje mi Burundi z różnych stron, Wodospady Karera, na pewno należą do najpiękniejszych zakątków tego maleńkiego państwa. 
Pierwszy spacer, zaraz po przyjeździe nad wodospady
U podnóża tego samego wodospadu
Uśmiech mówi wszystko!

Nie umiem przelać na papier/klawiaturę komputera tych doznań estetycznych, których doświadczyłam. Był czas na prysznic pod wodospadem, był czas nauki języka kirundi z książką napisaną przez Ojców Białych, był czas na kontemplację piękna Bożego stworzenia, był też czas spotkania drugiego człowieka.

Przy wodospadach spotkaliśmy wielu białych ludzi, bo w sumie chyba tylko ich stać na odwiedziny w tym Parku wpisanym na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO. Bilet wstępu kosztuje 10000 FBu ($1=1500 FBu) dla turysty spoza Burundi, 4000 dla obywateli tegoż pięknego państwa.

Myślę, że dla co poniektórych my biali jesteśmy nie lada atrakcją. Kiedy przysnęłam na jednej z półeczek wodospadu, obudziły mnie rozmowy i śmiech kobiet, które nie mogły się nadziwić widząc mnie opalającą się nad wodą. Mam czasami wrażenie, że Burundyjczycy sami odstraszają turystów, gapią się, krzyczą „muzungu”, jak widzą białego, to słychać „donne moi de l’argent” (daj mi pieniądze). Wiem, że są biedni. Ale! Gdzieś trudno mi zaakceptować fakt, że dla nich biały jest synonimem bogactwa. O, moja kochana Polsko! Na twojej ziemi należę do klasy średniej! Wiem, że nie zbawię świata, jeden Zbawiciel już był! Wciąż zadaję sobie jednak pytanie, jak im pomóc? Jak dać wędkę, a nie rybę? Boże jak ja Ci dziękuję, że urodziłam się w Polsce! W dobrobycie (sic!).

Tak bardzo bym chciała zrozumieć, tak bardzo bym chciała pokochać tych ludzi, to państwo! Tak bardzo bym chciała umieć dzielić się swoim bogactwem!

W sobotnie popołudnie dotarliśmy do Karmelitów z Musongati. Cóż to był za wieczór i cóż to była za niedziela! Tyle śmiechu! Tyle radości! Cóż za pozytywni ludzie! Czterech Karmelitów: Br. Ryszard, O. Zbigniew, O. Sylwester i O. Eliasz. Ciekawe towarzystwo! PROSTOTA – to słowo, które opisuje, myślę, że wiernie ich styl życia. A ile pogody ducha! Tak sobie myślę, że Pan Bóg musi mieć niesamowite poczucie humoru! Takich czterech pod jednym dachem!
 
Br.Ryszard i O.Zbigniew ;-)
Dostałam najlepszy pokój w ich domu. W tym pokoju mieszka biskup, jak przyjeżdża na wizytację :-) Jak ja się tam wyspałam! W porze suchej mają prąd przez jakieś trzy godziny wieczorem… więc może właśnie dlatego się wyspałam :-) …byłam odcięta od Internetu, moja polska karta sim nie działa od początku mojego pobytu w Burundi, burundyjska nie umie złapać sieci… chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu nic elektronicznego nie zabierało moich minut życia.
 
Widok z biskupiego okna :-)
Ogród Karmelitów
W Musongati znalazłam pokój i spokój.

I za to Temu-Na-Górze dziękuję.

A teraz idę sypiać, bo rano trzeba wstać do pracy!
Pozdrawiam bardzo ciepło,

środa, 10 lipca 2013

Kurs języka angielskiego – ZACZYNAMY!


Witam serdecznie,

Będzie trochę o edukacji – w końcu to moja działka :-)

Po pożegnaniu Bużumbury, wyruszyliśmy wieczorem do Gitegi. 

Nasz załadowany po brzegi samochodzik - już w Gitedze :-)
W poniedziałek od rana zajęliśmy się kursem języka angielskiego. Od godziny ósmej przychodzili uczniowie, by się zapisać. Póki co utworzyliśmy dwie grupy: początkującą i zaawansowaną. Ta zaawansowana to młodzież na poziomie pre-intermediate (według testu poziomującego). Niestety w praktyce to znaczy tyle, że gramatykę kojarzą ale nie mówią za dużo.
Plakat informujący o kursie języka angielskiego (w języku kirundi)
Moja sala - jeszcze przed przesuwaniem ławek :-)
W tym miejscu może warto powiedzieć kilka słów na temat systemu edukacji w Burundi. Został on odziedziczony po rządach kolonialnych Belgii. By móc uczęszczać do szkoły średniej trzeba znać francuski, jest to czynnik ograniczający skolaryzację młodzieży. Niestety nie wszyscy są w stanie nauczyć się tego języka obcego. W szkole podstawowej, w zależności od jej rodzaju (prywatna czy państwowa), jest od 40 do 140 uczniów w klasie (!). Przy trzydziestce mi głos siada, więc nie wiem jak nauczyciele są w stanie dać sobie radę z ponad setką dzieci. To się raczej nie zmieni, bo zdecydowana część pieniędzy w budżecie Ministerstwa Edukacji pochodzi z Belgii i Francji.

Powiedziałam już, że póki co mamy dwie grupy. Boguś wziął tę bardzo (sic!) początkującą, ja tę (teoretycznie) zaawansowaną. Muszę przyznać szczerze, że bardzo mnie cieszą moi uczniowie. Nie mam ŻADNYCH problemów z dyscypliną. Wszyscy są chętni do nauki, choć trochę onieśmieleni. W klasie mam 15 osób, a nie czterdzieści albo sto. Mają bardzo ciekawe imiona, na przykład mam dziewczynkę która ma na imię Queen-Clara, chłopca o imieniu Parfait (co po francusku znaczy idealny), albo chłopca o imieniu Bienvenu (czyli witaj).
Pomoce naukowe cz.1
Pomoce naukowe cz.2
Wczoraj uczyliśmy się trochę o różnych zawodach. Trzy osoby chcą być nauczycielami języka angielskiego, trzy lekarzami, jeden kierowcą, jeden sprzedawcą… Wszystko to są marzenia. Może pomyślicie sobie, że jestem brutalna. Jestem! Przyszłość tych dzieci/tej młodzieży nie będzie różowa. Zapewne część z nich będzie skazana na bezrobocie. 

Gitega, to drugie co do wielkości miasto w Burundi. Mieszka tu około 100 tysięcy ludzi. Ludzie utrzymują się tu z pracy dorywczej i handlu. Większość ludzi mieszka w okolicznych wioskach, nawet jeśli znajdują utrzymanie w Gitedze. Od 2004 (czyli od czasu gdy przywrócono względny pokój) miasto się bardzo rozrasta, powstają nowe domy. W porze suchej (od maja do połowy sierpnia) ludzie wypalają cegłę domowym sposobem.

Moi uczniowie zadają ciekawe pytania:

  • gdzie jest Polska? 
  • jaki jest oficjalny język w Polsce? (o jakie było zdziwienie jak im powiedziałam, że język polski i żaden inny :-)  
  • jaka jest religia w Polsce, do jakiego Boga się modlimy? 
  • przy słowie „apple” – ile za kilogram trzeba zapłacić?
Moja najmłodsza uczennica ma 10 lat, a najstarszy uczeń 29.

Z radością uczę! Nadal odnajduję swoje powołanie w przekazywaniu wiedzy!
Lubię uczyć!

I na tym skończę dzisiaj.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Milena

sobota, 6 lipca 2013

Miriwe!/Bonsoir!/Good evening!/Dobry wieczór!


Będzie tylko kilka słów. W piątek pojechaliśmy do Bluebay Resort, które jest oddalone o 60km od Bużumbury. Miejsce niesamowite, czysta woda, piękny piasek, bazungu* w dużej ilości. Taka trochę enklawa, mały raj na ziemi.  

Idę sypiać!
Milena 

Bluebay nad Jeziorem Tanganika
Nad Jeziorem Tanganika
Moczę amataku** w Jeziorze Tanganika

* bazungu – w języku kirundi to liczba mnoga od „muzunkgu” (biały/biała)
** amataku - tyłek


Taka mała ciekawostka przyrodnicza: Bluebay Resort znajduje się bardzo blisko Resha Royal Imperial Hotel. Słowo „resha" pochodzi od czasownika „kuresha" - "zaręczyć się" (...ale o tym może kiedy indziej) :-)

czwartek, 4 lipca 2013

Bienvenue chez les Africaines!



Witajcie wśród Afrykańczyków! 

Afryka, Burundi to przede wszystkim ludzie. Myślę, że do tego państwa można przyjechać tylko jeśli bardzo się kocha Boga, a przez to ludzi. Jako biała Europejka, przyzwyczajona do dobrobytu (!) nie chciałabym mieszkać w warunkach jakie od paru dni widuję.

Nadal nie umiem znaleźć słów, by opisać biedę i warunki w jakich żyją mieszkańcy Buyenzi (dzielnicy Bużumbury - stolicy!).

Boguś poprosił Jean-Claude’a (Hutu), by ten oprowadził mnie po „mojej” bużumburskiej dzielnicy. To co zobaczyłam tak bardzo mną wstrząsnęło, że właściwie nadal nie umiem o tym mówić. Odwiedziłam również siostrę Jean-Claude’a, która nie jest bardzo biedna (na standardy burundyjskie). Mieszka w pomieszczeniu dwa/trzy metry na trzy z kilkoma innymi osobami (ze swoimi dziećmi i mężem). Utrzymuje się z tego co sprzeda. Znaczy to tyle, że codziennie rano (przed wschodem słońca) idzie za miasto, by kupić owoce. Później wraca, by sprzedać, to co nabyła wcześniej. W taki oto sposób jest w stanie zapewnić sobie i swoim dzieciom jakieś utrzymanie. 

Dzieci z dzielnicy Buyenzi
W oddali widać rzeczkę, która była na poprzednim zdjęciu. A ta góra, to śmieci i ziemia. 
W Buyenzi (bardzo biednej dzielnicy) jest wiele meczetów. Ich przepych daje po oczach. Pieniądze na budowę części z nich przybyły z krajów arabskich. Często wokół meczetów powstają różnego rodzaju budynki, dla wyznawców Islamu. Z tych budynków i aktywności, które się w nich odbywają nie mogą korzystać wyznawcy innych religii.

Jean-Claude zaprowadził mnie też nad Jezioro Tanganika.

Mapa Burundi - Jean-Claude pokazywał mi gdzie jest Gitega :-)
Jezioro Tanganika za moimi plecami

Wczoraj rano przemieściłam się z Bużumbury do Gitegi (póki co tylko na dwa dni). Jak jechaliśmy miałam okazję podziwiać „pielgrzymki”, które udawały się do tegoż miasta (drugiego co do wielkości po Bużumburze). Jedni by sprzedać co się da, inni do szkoły, bo rok szkolny się tu przedłużył. Rząd nie wypłacał pensji nauczycielom, więc strajkowali. Teraz muszą odpracować ten czas.    

To właśnie w Gitedze będę uczyła. 

Wczoraj również poznałam Jeanine, która  będzie moim przewodnikiem i pomocą. Jeanine ma 33 lata i maleńką (6-cio miesięczną) córeczkę. Ma ją ciągle na plecach. Gdy dziś spacerowałyśmy po Gitedze, cały czas była z nami Akajanine*. 
Jeanine z córeczką o imieniu Cenny Dar (niestety nie zapamiętałam jak jej imię brzmi w kirundi)


Tyle na dziś. 

Dodam tylko, że już wczoraj odwiedziłam Centrum dla Młodych, w którym będę uczyła. Dziś wieczorem albo jutro rano wracam do Bużumbury na trzy dni. Od poniedziałku zacznę nauczanie. 

Buziaki, 
Milena  


*w Kirundi przedrostek „aka” znaczy mała :-)