środa, 10 lipca 2013

Kurs języka angielskiego – ZACZYNAMY!


Witam serdecznie,

Będzie trochę o edukacji – w końcu to moja działka :-)

Po pożegnaniu Bużumbury, wyruszyliśmy wieczorem do Gitegi. 

Nasz załadowany po brzegi samochodzik - już w Gitedze :-)
W poniedziałek od rana zajęliśmy się kursem języka angielskiego. Od godziny ósmej przychodzili uczniowie, by się zapisać. Póki co utworzyliśmy dwie grupy: początkującą i zaawansowaną. Ta zaawansowana to młodzież na poziomie pre-intermediate (według testu poziomującego). Niestety w praktyce to znaczy tyle, że gramatykę kojarzą ale nie mówią za dużo.
Plakat informujący o kursie języka angielskiego (w języku kirundi)
Moja sala - jeszcze przed przesuwaniem ławek :-)
W tym miejscu może warto powiedzieć kilka słów na temat systemu edukacji w Burundi. Został on odziedziczony po rządach kolonialnych Belgii. By móc uczęszczać do szkoły średniej trzeba znać francuski, jest to czynnik ograniczający skolaryzację młodzieży. Niestety nie wszyscy są w stanie nauczyć się tego języka obcego. W szkole podstawowej, w zależności od jej rodzaju (prywatna czy państwowa), jest od 40 do 140 uczniów w klasie (!). Przy trzydziestce mi głos siada, więc nie wiem jak nauczyciele są w stanie dać sobie radę z ponad setką dzieci. To się raczej nie zmieni, bo zdecydowana część pieniędzy w budżecie Ministerstwa Edukacji pochodzi z Belgii i Francji.

Powiedziałam już, że póki co mamy dwie grupy. Boguś wziął tę bardzo (sic!) początkującą, ja tę (teoretycznie) zaawansowaną. Muszę przyznać szczerze, że bardzo mnie cieszą moi uczniowie. Nie mam ŻADNYCH problemów z dyscypliną. Wszyscy są chętni do nauki, choć trochę onieśmieleni. W klasie mam 15 osób, a nie czterdzieści albo sto. Mają bardzo ciekawe imiona, na przykład mam dziewczynkę która ma na imię Queen-Clara, chłopca o imieniu Parfait (co po francusku znaczy idealny), albo chłopca o imieniu Bienvenu (czyli witaj).
Pomoce naukowe cz.1
Pomoce naukowe cz.2
Wczoraj uczyliśmy się trochę o różnych zawodach. Trzy osoby chcą być nauczycielami języka angielskiego, trzy lekarzami, jeden kierowcą, jeden sprzedawcą… Wszystko to są marzenia. Może pomyślicie sobie, że jestem brutalna. Jestem! Przyszłość tych dzieci/tej młodzieży nie będzie różowa. Zapewne część z nich będzie skazana na bezrobocie. 

Gitega, to drugie co do wielkości miasto w Burundi. Mieszka tu około 100 tysięcy ludzi. Ludzie utrzymują się tu z pracy dorywczej i handlu. Większość ludzi mieszka w okolicznych wioskach, nawet jeśli znajdują utrzymanie w Gitedze. Od 2004 (czyli od czasu gdy przywrócono względny pokój) miasto się bardzo rozrasta, powstają nowe domy. W porze suchej (od maja do połowy sierpnia) ludzie wypalają cegłę domowym sposobem.

Moi uczniowie zadają ciekawe pytania:

  • gdzie jest Polska? 
  • jaki jest oficjalny język w Polsce? (o jakie było zdziwienie jak im powiedziałam, że język polski i żaden inny :-)  
  • jaka jest religia w Polsce, do jakiego Boga się modlimy? 
  • przy słowie „apple” – ile za kilogram trzeba zapłacić?
Moja najmłodsza uczennica ma 10 lat, a najstarszy uczeń 29.

Z radością uczę! Nadal odnajduję swoje powołanie w przekazywaniu wiedzy!
Lubię uczyć!

I na tym skończę dzisiaj.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Milena

sobota, 6 lipca 2013

Miriwe!/Bonsoir!/Good evening!/Dobry wieczór!


Będzie tylko kilka słów. W piątek pojechaliśmy do Bluebay Resort, które jest oddalone o 60km od Bużumbury. Miejsce niesamowite, czysta woda, piękny piasek, bazungu* w dużej ilości. Taka trochę enklawa, mały raj na ziemi.  

Idę sypiać!
Milena 

Bluebay nad Jeziorem Tanganika
Nad Jeziorem Tanganika
Moczę amataku** w Jeziorze Tanganika

* bazungu – w języku kirundi to liczba mnoga od „muzunkgu” (biały/biała)
** amataku - tyłek


Taka mała ciekawostka przyrodnicza: Bluebay Resort znajduje się bardzo blisko Resha Royal Imperial Hotel. Słowo „resha" pochodzi od czasownika „kuresha" - "zaręczyć się" (...ale o tym może kiedy indziej) :-)

czwartek, 4 lipca 2013

Bienvenue chez les Africaines!



Witajcie wśród Afrykańczyków! 

Afryka, Burundi to przede wszystkim ludzie. Myślę, że do tego państwa można przyjechać tylko jeśli bardzo się kocha Boga, a przez to ludzi. Jako biała Europejka, przyzwyczajona do dobrobytu (!) nie chciałabym mieszkać w warunkach jakie od paru dni widuję.

Nadal nie umiem znaleźć słów, by opisać biedę i warunki w jakich żyją mieszkańcy Buyenzi (dzielnicy Bużumbury - stolicy!).

Boguś poprosił Jean-Claude’a (Hutu), by ten oprowadził mnie po „mojej” bużumburskiej dzielnicy. To co zobaczyłam tak bardzo mną wstrząsnęło, że właściwie nadal nie umiem o tym mówić. Odwiedziłam również siostrę Jean-Claude’a, która nie jest bardzo biedna (na standardy burundyjskie). Mieszka w pomieszczeniu dwa/trzy metry na trzy z kilkoma innymi osobami (ze swoimi dziećmi i mężem). Utrzymuje się z tego co sprzeda. Znaczy to tyle, że codziennie rano (przed wschodem słońca) idzie za miasto, by kupić owoce. Później wraca, by sprzedać, to co nabyła wcześniej. W taki oto sposób jest w stanie zapewnić sobie i swoim dzieciom jakieś utrzymanie. 

Dzieci z dzielnicy Buyenzi
W oddali widać rzeczkę, która była na poprzednim zdjęciu. A ta góra, to śmieci i ziemia. 
W Buyenzi (bardzo biednej dzielnicy) jest wiele meczetów. Ich przepych daje po oczach. Pieniądze na budowę części z nich przybyły z krajów arabskich. Często wokół meczetów powstają różnego rodzaju budynki, dla wyznawców Islamu. Z tych budynków i aktywności, które się w nich odbywają nie mogą korzystać wyznawcy innych religii.

Jean-Claude zaprowadził mnie też nad Jezioro Tanganika.

Mapa Burundi - Jean-Claude pokazywał mi gdzie jest Gitega :-)
Jezioro Tanganika za moimi plecami

Wczoraj rano przemieściłam się z Bużumbury do Gitegi (póki co tylko na dwa dni). Jak jechaliśmy miałam okazję podziwiać „pielgrzymki”, które udawały się do tegoż miasta (drugiego co do wielkości po Bużumburze). Jedni by sprzedać co się da, inni do szkoły, bo rok szkolny się tu przedłużył. Rząd nie wypłacał pensji nauczycielom, więc strajkowali. Teraz muszą odpracować ten czas.    

To właśnie w Gitedze będę uczyła. 

Wczoraj również poznałam Jeanine, która  będzie moim przewodnikiem i pomocą. Jeanine ma 33 lata i maleńką (6-cio miesięczną) córeczkę. Ma ją ciągle na plecach. Gdy dziś spacerowałyśmy po Gitedze, cały czas była z nami Akajanine*. 
Jeanine z córeczką o imieniu Cenny Dar (niestety nie zapamiętałam jak jej imię brzmi w kirundi)


Tyle na dziś. 

Dodam tylko, że już wczoraj odwiedziłam Centrum dla Młodych, w którym będę uczyła. Dziś wieczorem albo jutro rano wracam do Bużumbury na trzy dni. Od poniedziałku zacznę nauczanie. 

Buziaki, 
Milena  


*w Kirundi przedrostek „aka” znaczy mała :-)

wtorek, 2 lipca 2013

Poniedziałkowe doświadczenia



Witam ponownie,

Teraz się mogę zająć poniedziałkiem.

Działo się wiele. Z Angelą (Kongijka) wybrałam się na spacer po przyległych dzielnicach. Spacerowałyśmy cztery godziny. Odwiedziłyśmy bazar z butami (filmik tutaj), pospacerowałyśmy również zobaczyć defiladę, ale się nie udało (miała się zacząć o 11, a do 12:30 się nic nie zaczęło dziać – ten afrykański czas). Zobaczyłam tylko bardzo dużo policji/wojska itp. i ich karabiny leżące na ulicy. Wszyscy czekali na prezydenta. Nie mogłam niestety zrobić zdjęcia, bo mi nie pozwolono, ale jak to broń i mundury, wszędzie wyglądają tak samo. No może mundury są tu bardziej granatowe. 

Feria bazarowych barw
Spożywcze klimaty c.d.
Mąka z manioku
Po południu, koło 17 odwiedziłyśmy polskie siostry. Ach ta polska gościnność. Kolacja była przepyszna. Pierwszy raz w życiu jadałam awokado z tuńczykiem. Przybył też polski karmelita, by odprawić mszę, więc miałam okazję uczestniczyć we mszy w moim ojczystym języku! Siostry Kanoniczki Ducha Świętego w Bużumburze prowadzą ośrodek zdrowia.

Już po zmroku wjechaliśmy na górę Kiriri, by zobaczyć miasto nocą. Pełno światełek.  
W nocy biedy nie widać.

Tyle na teraz. Postaram się jeszcze opisać wtorek, dzień w którym Jean-Claude (Hutu) oprowadził mnie po najbiedniejszych częściach Buyenzi. My w Polsce naprawdę nie wiemy co to bieda.

Pozdrawiam,
Milena

p.s. pytanie na dziś: na ile czujesz się odpowiedzialny za misje?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dzień pierwszy



Kochani!

Dzisiaj się tyle działo, że nie wiem od czego zacząć. Może więc zacznę od dnia wczorajszego :-)

Przyleciałam do Bużumbury po południu 30. lipca 2013. Boguś (mój kuzyn, który jest Ojcem Białym – Misjonarzem Afryki) przyjechał po mnie na lotnisko. Lot z Brukseli do Addis Abeby (z postojem w Paryżu) przebiegł bez większych turbulencji. To w Addis Abebie trochę się zgubiłam (czekałam na nie na tym terminalu co trzeba, ale na czas się zorientowałam i jeszcze na ponad godzinę przed odlotem dotarłam na ten właściwy. Z Addis Abeby już bez przygód dotarłam do Bużumbury (z postojem w Kigali). 

Lotnisko w Addis Abebie - miejsce do modlitwy (dla kobiet na lewo, dla mężczyzn na prawo)
 
Ciekawostka przyrodnicza na lotnisku w Addis Abebie
Gdy doleciałam do Bużumbury, od razu trafiłam na imprezę :-) Jeden z Ojców Białych i jeszcze jeden ksiądz świętowali pięćdziesięciolecie kapłaństwa. A to oczywiście było dobrym pretekstem do prezentacji wszystkich grup działających przy parafii. O jakże innej niż ta polska! Działa tutaj kilka chórów, ludzie przychodzą tu wieczorami, by się spotkać z przyjaciółmi, by się pouczyć przy bibliotece (bo w domach nie mają prądu), poćwiczyć aerobic (choć w to jakoś mi trudno uwierzyć, a nie mam pewności, że Boguś mnie nie wkręca). W tym miejscu powinnam powiedzieć, że mieszkam w jednej z najbiedniejszych dzielnic Bużumbury, to tu w Buyenzi Ojcowie Biali wybudowali parafię, w dzielnicy, w której dominują muzułmanie, a swoje modlitwy zaczynają o 4:30 rano. Nie sposób tego nie usłyszeć!

Dzisiaj natomiast jest Święto Niepodległości (51. rocznica), co oczywiście nie zmienia faktu, że grupy parafialne przyszły na przykład poćwiczyć chóralne śpiewy. To co mnie zaskakuje, to fakt, że wokół parafii jest życie. Pomijam motywy, bo zapewne nie zawsze są one szczere, ale cały czas jest tu ktoś, by coś robić. Tu ważne są relacje. Na pierwszym miejscu jest człowiek. Nawet rozmawiając przez telefon, najpierw trzeba zapytać co słychać, a dopiero później załatwić sprawę. Coś co dla mnie wydaje się być kurtuazją (zbędną?), dla nich jest niezwykle ważne. Jeszcze wiele się od Burundyjczyków muszę nauczyć. 
Wszyscy chcą zobaczyć defiladę!
Napisałabym więcej, ale gdy posty są za długie mój braciszek odkłada ich czytanie na później :-) (Marcinku! Pozdrawiam!)

Buziaki,
Milena

p.s. słowa, które już znam: murakoze – dziękuję; umuzungu – biała (jak się to słowo rozłoży na czynniki pierwsze, to znaczy „ma wszystko”) Znałam jeszcze jedno, ale już mi wyleciało :-)

niedziela, 30 czerwca 2013

Już na miejscu...

Dziś będzie krótko. 
Dojechałam. Jestem zmęczona. Idę spać. 


Burundi z lotu ptaka
Po wyjściu z samolotu - budynek lotniska
Mój pokój na najbliższe parę dni (póki nie przeniosę się do Gitegi)
Dziewczynka, która sprawdzała kto ja jestem :-)

sobota, 29 czerwca 2013

pozdrowienia z BRUKSELI :-)


 
GORĄCO POZDRAWIAM (chociaż tu strasznie zimno! ale jeszcze doba i będzie mi ciepło) :-) 

Miałam szczere chęci, by zamieścić filmik, ale blog nie chciał współpracować. 
Polecam link powiązany z moim facebookiem (on mi nie odmówił)


I jeszcze jedno zdjęcie... Z dobrą kawą i belgijską czekoladką mogę wiele :-)