niedziela, 30 czerwca 2013

Już na miejscu...

Dziś będzie krótko. 
Dojechałam. Jestem zmęczona. Idę spać. 


Burundi z lotu ptaka
Po wyjściu z samolotu - budynek lotniska
Mój pokój na najbliższe parę dni (póki nie przeniosę się do Gitegi)
Dziewczynka, która sprawdzała kto ja jestem :-)

sobota, 29 czerwca 2013

pozdrowienia z BRUKSELI :-)


 
GORĄCO POZDRAWIAM (chociaż tu strasznie zimno! ale jeszcze doba i będzie mi ciepło) :-) 

Miałam szczere chęci, by zamieścić filmik, ale blog nie chciał współpracować. 
Polecam link powiązany z moim facebookiem (on mi nie odmówił)


I jeszcze jedno zdjęcie... Z dobrą kawą i belgijską czekoladką mogę wiele :-) 


z Afrykańskiej do AFRYKI :-)



Witam ponownie,

Poniżej dziennik pokładowy :-)


7: 54 (jestem w samolocie)

Oczywiście nie obyło się bez przygód porannych. Mniej więcej koło drugiej nad ranem mój organizm stwierdził, że trzeba iść spać… i padłam. Obudziłam się o piątej, zadzwoniłam do taty i poprosiłam, by po mnie przyjechał, bo ja jeszcze w lesie jestem :-)  Kochani rodzice pojawili się w komplecie (znosili mój brak porannych manier – gdy się pakuję, nie umiem skupić się na niczym innym, konwersacji nie podtrzymuję itp.)

Dostałam się na lotnisko bez większych perypetii, w tak zwanym międzyczasie sprawdzając czy wszystko wzięłam… i okazało się już w samochodzie, że malutki słowniczek polsko-francuski/francusko-polski pozostał w domu. Nadałam bagaż 20,8kg, czyli mogłam jeszcze tam włożyć 2,2kg (!). Jak dobiegłam do mojego wyjścia 38 to już trwała odprawa. Ja to mam szczęście. Pięć minut później, a wzywaliby mnie po imieniu :-)

Z tego co powiedział pilot, w Brukseli jest 12°C. Ale! Nie narzekam! Jeszcze będzie mi gorąco! Lądować mamy po 9, pisanie uskutecznię jak już będę w centrum. Bo wybieram się na Grand Place i w odwiedziny do Małego Sikającego Chłopca!


8:18 (nadal w samolocie)

Tak mnie naszło… przez rok pracowałam na ul.Afrykańskiej, jak Wam wiadomo w gimnazjum. Zbiera mi się na podsumowania :-)

Dziękuję Temu-Na-Górze za:

  •  ludzi, których tam spotkałam 
  •  za koleżanki i kolegów, którzy byli tak bardzo normalni, wyrozumiali i potrafiący się przyznać do błędu
  •  za moich uczniów, którzy czasami dawali mi w kość, ale przede wszystkim byli moją motywacją do pracy (również nad sobą) 
  • za dziesięć miesięcy normalności (sic!)

 
Trzeba patrzeć na małą różową karteczkę :-)

Zamieszczam zdjęcie z darami od moich uczniów (częścią darów). To wszystko cieszy! Najbardziej jednak cieszą słowa, które usłyszałam, a które sprawiają, że nadal chcę uczyć i ta karteczka od Zosi (I LOVE MY JOB! I truly do!) Uznanie, to coś czego kupić nie można, a cieszy najbardziej. Zabieram ze sobą wszystkich moich uczniów, tych małych, ale także tych dużych!

Pozdrawiam gorąco,
Milena

czwartek, 27 czerwca 2013

jeszcze tylko niecałe TRZY dni



Kochani!

Dziś zakończenie roku szkolnego w klasach trzecich gimnazjum. Wróciłam do domu i powinnam zająć się pakowaniem… ale! Przecież nie przyspieszę pralki (by prała moje ubranka szybciej), ani nie zaczaruję żelazka (by za mnie wyprasowało bluzki – i tu rodzi się pytanie: prasować? A może jednak nie prasować? I tak się w walizce pogniecie :-)

Kupka (!) na lewo od stołu rośnie (układam na niej rzeczy, które mam zabrać), a walizka ani odrobinę się nie powiększyła, za to dotarła do mnie sucha krakowska (sztuk 2), śliczna beżowa lniana spódnica (Sylwia! Dziękuję!) i ptasie mleczko (od rady rodziców).

W tle „Mały Książę” i wirująca pralka, w głowie przemyślenia wyjazdowe. Będę miała Internet w pokoju i z tego co wiem, jest duże zainteresowanie moimi kursami w Gitedze! Pierwszy raz od początku (rekrutacji) do końca (realizacji) zaprojektuję kurs językowy i jeszcze będę jedynym lektorem :-) Cieszy mnie to wszystko! Ostatnie spotkania ze znajomymi i już niebawem będę na czarnym lądzie! Pierwszy raz w życiu! Aaaaaa!

Marzenia się spełniają! (Choć czasem długo się czeka :-)
Całuję,
M.


niedziela, 23 czerwca 2013

trudne (mam nadzieję) dobrego początki :-)


Witam serdecznie!

Bezpośrednią inspiracją do powstania tego bloga jest mój wyjazd do Burundi – jak dla mnie – dalekiego kraju, za więcej niż siedmioma górami i więcej niż siedmioma lasami. Już za parę dni wywędruję do tego ciepłego i oddalonego o 1,5 doby państewka.

Zamierzam spędzić tam prawie dwa miesiące. Poza poznawaniem kultury i ludzi, mam zająć się nauczaniem języka angielskiego. Czyli powinnam robić rzeczy, które lubię i na których się znam.

Przygotowania idą pełną parą. Rzeczy, które już zrobiłam: 
  • kupiłam bilet (jakoś w lutym)
  • załatwiłam wizę (co prawda nie swoimi rączkami, ale wklejka w paszporcie jest)
  • zaszczepiłam się przeciwko żółtej gorączce i żółtaczce typu A
  • zrobiłam zapas leków, olejków do opalania (z filtrem 50) i wszelkiej  maści odstraszających komary śmierdzących sprejów
  • kupiłam książkę na poziomie elementary (inne już mam w domu) 
  • zaopatrzyłam się w ubranka, które zamierzam zostawić w Afryce
  • spotkałam się z częścią moich znajomych :-)
  • ...jeszcze tylko zaopatrzę się w prezenty (suchą krakowską i jakieś inne souveniry) i będę mogła powiedzieć, że mam już wszystko.
Problem polega na tym, że mam się spakować w 23kg (bagaż rejestrowany) i 8kg (bagaż podręczny). Chyba znów trzeba będzie usiąść na walizce, by się domknęła :-)


white rabbit :-)
Tyle na dziś. Zważywszy na fakt, że pisanie mnie wciąga, myślę, że jeszcze przed wyjazdem (czyli przed  29. czerwca) coś się jeszcze na tym blogu pojawi.

W tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy mnie namawiali do stworzenia bloga :-)

p.s. miś jedzie ze mną (prezent od moich studentów)